Przeliczeni.pl
Wszystko o prowadzeniu biznesu w galerii handlowej bez cenzury i ukrywania niewygodnych faktów.

Tutaj zobaczysz jak to działa "od kuchni": nadużycia, fałszowanie informacji, szantaż.
Przeliczeni.pl
Systemy franczyzowe w Polsce - czy rzeczywiście to taki złoty biznes?

Sprawdź na blogu jak wyglądają realia prowadzenia tego rodzaju działalności.
Przeliczeni.pl
Bankructwa, rozwody, bezdomność, ucieczki z kraju.

Świadectwa ludzi, których wykończył system retail.

Muszkieterowie czyli miłość po francusku-poradnik najemcy

Korzystając z...

Korzystając z okazji, że administrator bloga i właściciel wrzucił na stronę główną gazeta.pl zajawkę dedykowaną blogowi przeliczeni i spodziewając się hejtu (vide jeden z  komentarzy) oraz znaczący napływ nowych czytelników publikuję kolejny fragment książki-ku przestrodze, uwadze i przemyśleniom tych, którzy zastanawiają się co dalej. Francuski gigant chce jeszcze w Polsce otworzyć 200 sklepów. Na targach Franczyzy panowie byli aktywni.

“Przepis na worek pieniędzy jest prosty – znaleźć naiwnego, nałożyć mu do głowy głupot, związać ze sobą, a później doić niczym krowę… Brutalne, ale prawdziwe. Na własnej skórze przekonał się o tym pewien przedsiębiorca ze Śląska, wieloletni dyrektor -właściciel jednego ze sklepów sieci Intermarche. Na dzisiaj franczyzy, przynajmniej tej w wydaniu francuskim ma już po dziurki w nosie. „To handlowa sekta” – mówi.

 

intermarche

 

 

 

Początek na saksach

 

Pan Jacek nie jest jakimś przypadkowym przedsiębiorcą z ulicy. Ma już słuszny wiek, z wykształcenia jest lekarzem. Ale w zawodzie praktycznie nigdy nie pracował. Nie handlował też w budce z dykty, nie wystawał na targowisku. Widział za to i robił rzeczy, o których przeciętny zjadacz chleba nie ma pojęcia, że istnieją. Jego przygoda w handlem zaczyna się w minionej epoce, kiedy na horyzoncie widać było już nadchodzące zmiany ustrojowe w Polsce. Kiedy Polacy widzieli już otwartą furtkę do wolności, w tym do wolności gospodarczej. W 1987 roku pan Jacek wyjeżdża więc z grupą znajomych za granicę. Najpierw do byłej Jugosławii, później do Niemiec.

– Nie uciekaliśmy, po prostu wyjechaliśmy legalnie – wspomina. – Na wycieczkę. Wtedy sporo osób tak robiło. I zostaliśmy. Takie były wtedy czasy. Wycieczki w jedną stronę… Najgorzej miał kierowca, bo musiał wracać sam.

Za granicą nasz rozmówca spędził, pracując, ponad rok. Po powrocie imał się różnych zajęć, aż wreszcie w 1991 roku, tuż po ogłoszeniu nowych zasad gospodarki wolnorynkowej, zainwestował w hurtownię papierosów.

– Wszyscy palili – tłumaczy pan Jacek. – A papierosów było mało. Kupowaliśmy je bezpośrednio u producenta, w Krakowie. Oczywiście trzeba było dawać łapówki, żeby dostać popularne marki papierosów, po pięćset kartonów. Ale opłacało się. Marże były takie, że pieniądze lały się przysłowiowym strumieniem. No, może nie aż tak dużym, ale jednak. W efekcie postawiłem dom, miałem samochód. Żyło mi się całkiem dobrze i przyzwoicie. Nie miałem na co narzekać.

Do czasu, jak wspomina nasz rozmówca, kiedy w 1993 roku na Śląsku pojawia się pierwsze Macro.

– Wszystko mieli taniej. To nas zabijało. Wtedy nasza hurtownia miała już znacznie poszerzony asortyment, handlowaliśmy artykułami chemii gospodarczej, mieliśmy podpisane umowy ze znanymi już wówczas markami zagranicznymi, towar był efektowny i chodliwy, ale nagle okazało się, że nie możemy być konkurencyjni. Po prostu się nie dało. Macro przebijało wszystkich na każdym asortymencie. To zresztą bardzo przewidująca i sprytna firma. Już grubo wcześniej skupowali w Polsce grunty, aby później korzystając z różnorakich przywilejów dla firma zagranicznych stawiać na nich swoje obiekty.

Pan Jacek był jednak urodzonym szczęściarzem. W 1995 roku otrzymał, dzięki licznym kontaktom w branży handlowej i doświadczeniu w branży propozycję pracy w zagranicznej korporacji, która swoją polską siedzibę miała w Poznaniu.

– To były rewelacyjne czasy – wspomina niedoszły medyk. – Hurtownia oczywiście nie była taka zła, byłem na swoim, wciąż jeszcze zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze, ale czułem, że dla takich jak ja nadchodzą złe czasy. Że na rynek wpływają rekiny biznesu z zagranicy i to one będą miały ulgi, preferencje, słowem będą nas, tubylców, zjadać po kawałku, aż znikniemy z rynku. Nie miałem się więc co zastanawiać, kiedy za pracę w korporacji dostałem naprawdę porządne pieniądze. Do tego służbowe samochody, telefony, loty do centrali za granicą w biznes klasie… Kto by odmówił? Zdecydowałem się więc.

Po dwóch latach pan Jacek jednak odmówił. I wrócił do rodzinnych Katowic. Tu miał zresztą rodzinę i nie mógł sobie pozwolić na dalszą rozłąkę. Nie chciał być, jak marynarz powracający do domu raz, dwa razy w roku.

– Praca pracą, ale rodzina u mnie zawsze była na pierwszym miejscu – tłumaczy. – Zresztą po co człowiek pracuje? Właśnie dla przyszłości swoich dzieci. Wierzyłem, że kiedyś przejmą po mnie pałeczkę, o ile uda mi się zbudować coś własnego.

Ze swoim bogatym już doświadczeniem pan Jacek po rozstaniu się z korporacją obejmuje bez większych problemów posadę jednego z dyrektorów Metro w Czeladzi. Na pytanie, jak wtedy wyglądał współpraca z najemcami w galerii handlowej, odpowiada z uśmiechem na twarzy:

– Całkiem zwyczajnie. Przychodzili majętni ludzie, chcieli robić biznes. Umowy podpisywali w ciemno. Dziwiłem się, ale nie byłem przecież ich adwokatem. Uważali się za ludzi sukcesu, a tak naprawdę mieli marne pojęcie o handlu. Dali się po prostu wkręcać i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Ale wówczas były jeszcze inne zasady w galeriach. Mimo wielu wad ludzie jakoś bilansowali się. Może dlatego, że galerii było mało, a klientów cała masa.

Siedzimy w przyjemnej kawiarni w… galerii handlowej. To jedyne miejsce, gdzie można znaleźć chwilę ochłody. Na zewnątrz apogeum lata – trzydzieści siedem stopni w cieniu. Tylko w takich momentach galerie na coś się przydają…

Posada dyrektora w dużym centrum handlowym zaspokajała ambicje pana Jacka. Nie narzekał. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Zwłaszcza jeśli lubi się mieć własne zdanie, a na dodatek nie boi się go głośno wyrażać. W 2000 roku panu Jackowi podziękowano za dyrektorowanie. Był ponoć zbyt pyskaty…

– Odszedłem bez żalu – wspomina. – Znowu zapakowałem do walizki trochę doświadczenia – śmieje się.

 

Francuski łącznik

 

Człowiek takiej niespokojnej natury, jak nasz rozmówca musi coś robić. Po odejściu z Metro pan Jacek trafia na, jak mu się wówczas wydaje, okazję życia. Możliwość wzięcia w posiadanie na określonych zasadach dużego sklepu sieci Intermarche.

– Zdecydowałem się. Uznałem, że będzie to dobry interes, że sobie poradzę – tłumaczy. – To był praktycznie początek istnienia tej sieci w Polsce, można było znowu się czegoś nauczyć. Byłem na zakręcie życiowym, podobnie jak wielu-chciałem dalej pracować, zarabiać, rozwijać się.

Przygoda z francuską siecią zaczęła się od szkolenia.

– Było nas szesnaście par – wspomina pan Jacek. – Uczono nas zasad handlowania w sieci Intermarche. Szkolenia odbywały się w Polsce i we Francji. Tam pokazywano nam domy ludzi prowadzących sklepy tej sieci. Myślałem sobie wówczas, że to świetna sprawa. Rodzinny biznes. I jaki dochodowy skoro każdy właściciel sklepu ma taki dom, samochód, słowem żyje jak w przysłowiowej bajce. Od razu oczyma wyobraźni widziałem siebie i moje dzieci, równie dobrze ustawione w życiu. To było to. Rodzinny biznes oparty na zaufaniu i zdrowych zasadach. O tym mówiono nam na szkoleniach. W miarę upływu czasu dowiadywaliśmy się jednak kolejnych szczegółów i zasad obowiązujących w Grupie Muszkieterów, bo tak o sobie mówili właściciele sieci z Francji. Po pierwsze okazało się, że za szkolenia trzeba płacić. I to nie mało, bo kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ale jak człowiek miał już za sobą kilka miesięcy takiego prania mózgu, poświęcił czas, zdecydował się, to nawet mimo różnych wątpliwości brnął w to dalej. Ja to widziałem, bo wcześniej miałem do czynienia z handlem. Ale inni nie mieli o wielu rzeczach pojęcia. Bo jak ktoś był szewcem, albo fryzjerem, nie ujmując nikomu, to o czym miał mieć pojęcie? Jak zarządzać wielkim sklepem? Na szkoleniach więc mówiono tym ludziom jak należy handlować. Ale na zasadach panujących w Intermarche. A te w wielu kwestiach mało miały wspólnego z normalnym rynkiem.

Aby wejść do spółki, objąć w posiadanie sklep, trzeba było mieć trzysta pięćdziesiąt tysięcy wkładu własnego. Intermarche pomagał w uzyskaniu kredytu we wskazanym przez siebie banku. Wejść w grono Muszkieterów (o historii powstania sieci we Francji – poniżej) nie było bowiem łatwo. Postawienie i uruchomienie sklepu, kilka lat temu, to była inwestycja rzędu czterech milionów złotych.

– Dzisiaj jest to pewnie dwa razy tyle – zauważa nasz rozmówca.

Wróćmy jednak do początków współpracy pana Jacka z Intemarche. Sklep już został wybudowany, wyposażony, można było zacząć handlować.

– I szło bardzo dobrze – tłumaczy pan Jacek. – Były miesiące, że miałem kilkadziesiąt tysięcy czystego zysku, a parę razy nawet więcej. Ale wtedy dookoła nie było tylu Biedronek, Lidlów, galerii handlowych. We Francji system Intermarche odniósł sukces. Ale tylko dlatego, że Francuzi dbają o własnych przedsiębiorców. W każdej gminie obowiązuje limit ilości sklepów uzależniony od ilości mieszkańców. Regulują to specjalne przepisy, tak zwana ustawa Galanta. Żaden nowy sklep więc nie powstanie. Można jedynie sprzedać już istniejący. I tak się tam dzieje. To gwarantuje, że każdy kto zainwestuje w tego typu działalność może liczyć na profity. Bo przecież muszą być ludzie, aby kupować towar. A w Polsce? Wiadomo… Byle było więcej…

 

Biznes się więc kręcił. W dużej mierze jednak dlatego, że pan Jacek miał spore doświadczenie w handlu i parę rzeczy robił po swojemu.

– W istocie w sieci takiej, jak Intermarche, nie chodzi o to, aby sprzedać towar – wyjaśnia. – Nie o to chodzi właścicielom spółki. Bo oni zarabiają na nas, na franczyzobiorcach, którzy muszą spłacać w czynszu zaciągnięte w spółce zobowiązania. To czynsz jest zarobkiem a obrót towarowy dodatkiem. Sztywne, zbyt wysokie ceny dziś nie są konkurencyjne, ale to spółki nie martwi. Istnieje cały szereg obostrzeń w sprzedaży towarów. Na przykład musiałem, i wszyscy inni mający sklepy Intermarche, zaopatrywać się wyłącznie w jednej tak zwanej bazie, w Poznaniu. We wszystko! Jechały do mnie na przykład pomidory przez pół Polski, w lecie, w upale, a ja nie mogłem składać reklamacji. Musiałem płacić za towar nawet jeśli nie nadawał się już do sprzedaży. A jazda przez pół Polski bez agregatu chłodniczego gwarantowała, że produktu łatwo psujące się nie będą się nadawały do sprzedaży. Jeśli firma przewozowa brała za kilometr euro, to kierowca miał polecenie od szefa, że lodówki mają nie pracować, bo to zżera więcej paliwa. Kupowałem więc kota w worku, po prostu. I nabijałem kasę Muszkieterów z Francji… Ale takie były zasady, takie zobowiązania. Trzeba było się więc gimnastykować. I tak przez cały okres dzierżawy, dziesięć lat, bo na tyle podpisywano umowy. Dzierżawy, bo w istocie spółka oferowała grunt pod sklep, a właściciel sklepu go budował. Później, po zakończeniu umowy, można było ją przedłużyć, albo spółka wykupywała sklep. Ja nie przedłużyłem umowy, bo w 2010 roku obok mojego sklepu było już kilka innych. W takich warunkach trudno było mówić o możliwości normalnego zarobkowania. Po prostu uciekłem spod topora.

 

„Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich” – francuska ściema?

 

 

 

W Polsce działa 202 supermarketów Intermarché (stan na 31.01.2014) o powierzchni od 400 do 2800 m2. Sprzedają ok. 24 tys. artykułów. Przy wybranych sklepach działa 47 stacji benzynowych (stan na 31.01.2014). 93 supermarketów Bricomarché (stan na 31.01.2014) o średniej powierzchni 1400 m2. Sprzedają ponad 18 tys. artykułów. Przychody ze sprzedaży Grupy Muszkieterów w Polsce w roku 2012 przekroczyły 4,6 mld złotych, przychody ogólne nie zostały ujawnione.

Tyle można w skrócie o Intermarche wyczytać m.in. w Wikipedii.

 

– Tak jak już wcześniej powiedziałem, Grupa Muszkieterów odniosła sukces – tłumaczy pan Jacek. – Na pewno we Francji. Ale w Polsce też. Tylko co za tym sukcesem stoi? We Francji na pewno zadowolenie członków grupy, czyli właścicieli poszczególnych sklepów sieci. Ale tam są ku temu warunki. U nas nie. U nas jest handlowy neokolonializm. Pomijam już to, jak Francuzi traktują Polaków. Jak poddanych. Więcej szacunku mają do Marokańczyka, bo zna język francuski. A Polak, to dla niego wyrobnik. Tutaj można wszystko. W Polsce więc sukcesem jest to, że udało mi się przetrwać cały okres umowy i nie zbankrutowałem. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ja. Znam takich, którzy stracili miliony, niestety.

Sukcesy, przychody, obroty, ilość placówek. Te dane są ogólnodostępne w internecie. Intermarche chwali się osiągnięciami. To oczywiste, skoro właściciele spółki dobrze zarabiają. A jak wygląda środek tej organizacji?

– Dziwnie – pan Jacek uśmiecha się tajemniczo. – Mówiłem już, że dla mnie jest to sekta. Proszę sobie wyobrazić, że na przykład każdy członek Grupy Muszkieterów ma tak zwany obowiązek wierności w myśl zasady wszyscy za jednego, jeden za wszystkich, jak to pisał Aleksander Duma opisując przygody Muszkieterów. Obowiązuje też zasada „tiertemps”. Polega to na tym, że każdy właściciel sklepu musi przepracować na rzecz spółki nieodpłatnie dwa dni w tygodniu. Kiedy miałem jeszcze sklep jeździłem więc dla razy w tygodniu do Poznania, do bazy, gdzie za każdym razem odpowiadałem za coś innego. Raz za sprzedaż, raz za logistykę, innym razem za transport, itd. Na miejscu nadzorował mnie tzw. binom, czyli pracownik permanentny. Było to irytujące, dla mnie ewidentna strata czasu. Dla Francuzów rzecz święta. W ogóle istniało i istnieje nadal francuskie nazewnictwo w spółce. Członek Gruy Muszkieterów, to „aderon”. „Postulant”, to ktoś kto składa akces do przynależności do spółki. A „postulant afektowany” z kolei to osoba, która ukończyła właśnie szkolenie. „Asosie” z kolei zostawało się w uznaniu zasług. Po dwóch pozytywnych bilansach, sprawdzanych przez zarząd spółki. Wtedy dopiero proponowano prawdziwe wejście do spółki, do Grupy Muszkieterów. Można było łaskawie wykupić w niej udziały, na przykład za pięćdziesiąt tysięcy euro. Jak ktoś nie miał tyle, Francuzi oferowali mu kredyt we wskazanym przez siebie banku. Prawdą też jest, że po odejściu ze spółki zwracano te pieniądze, ale dopiero po pięciu latach.

Wszystko więc, jak wynika z opowieści pana Jacka, kręci się w Intermarche wokół zasad wierności, historii Muszkieterów, a tak naprawdę człowiek jest przez cały czas z tym wszystkim sam, jak przysłowiowy palec.

– Czy czułem się Muszkieterem? – uśmiecha się pan Jacek. – Nie. Za stary jestem na taką indoktrynację. Ale musiałem robić dobrą minę do złej gry skoro podpisałem umowę. Pewnie wielu tak robiło i robi nadal. Bo jaką mogą mieć alternatywę? W moim przypadku zadziałał instynkt samozachowawczy. Doczekałem końca umowy i się wycofałem widząc, że nie zarobię na sklepie tyle, aby móc spokojnie co miesiąc płacić spółce czynsz dzierżawny, pracować dla nich za darmo, płacić za reklamę, gazetki reklamowe, wszystkie imprezy integracyjne i wiele innych rzeczy i jeszcze mieć jakiś czysty zysk. Nie wszyscy jednak są przewidujący. A może po prostu łudzą się, że jakoś to będzie? Na pamiątkę została mi szpada i kapelusz. D’Artagnanem-nie zostałem”.

Roboczy fragment książki “Franczyza -fakty i mity” współautor Daniel Dziewit (to na wszelki wypadek gdyby Intermarche miało mentalny problem kto to napisał)

 

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *