Przeliczeni.pl
Wszystko o prowadzeniu biznesu w galerii handlowej bez cenzury i ukrywania niewygodnych faktów.

Tutaj zobaczysz jak to działa "od kuchni": nadużycia, fałszowanie informacji, szantaż.
Przeliczeni.pl
Systemy franczyzowe w Polsce - czy rzeczywiście to taki złoty biznes?

Sprawdź na blogu jak wyglądają realia prowadzenia tego rodzaju działalności.
Przeliczeni.pl
Bankructwa, rozwody, bezdomność, ucieczki z kraju.

Świadectwa ludzi, których wykończył system retail.

Blogowe ewolucje-poradnik najemcy

Taki dostałem ...

Taki dostałem list.

“Czytam z uwagą Pana bloga – choć nie zamierzałam i nie zamierzam być najemczynią GH. Piszę może bardziej z punktu widzenia kupującej, bo to kupujący, konsument jest na końcu łańcucha pokarmowego.

Nie lubię generalizowania. Przyjmuję fakty – np. absurdalne ceny czynszów, machlojki przy podpisywaniu umów, fałszywe mapki. Ale nie przyjmuję pewnych argumentów – przesadzonych, tak jakby celowo ktoś (Pan, najemcy) obciążyć winą za wszelkie zło właścicieli czy zarządzających galeriami.

Mieszkam w Poznaniu – mieście galerii handlowych. Ponoć jesteśmy na pierwszym miejscu w Polsce pod względem liczny metrów kwadratowych powierzchni handlowych przypadających na jednego mieszkanca.

Niechlubne zwycięstwo – ale. Nie cierpię demagogii. Nie wiem, czy pamięta Pan scenę z filmu “Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Dwóch klientów sklepu samoobsługowego wykłócało się o miejsce w kolejce, przebijając sobie wzajemnie jogurty czy tłukąc jajka. Scenie przypatrywała się sklepowa, niosąc tacę pełną śledzi. Przestraszyła się wychodzącego z kantorka kierownika sklepu i przechyliła tacę, więc śledzie spadły na podłogę na jego oczach. Niezrażona sklepowa wskazała palcem na wyczyny kłócących się klientów i powiedziała: “Patrzy pan, panie kierowniku, co tam zrobili.” A potem wskazała na leżące śledzie i dodała: “I tutaj też”.

 Ta scenka fajnie obrazuje ton artykułów i komentarzy, jakie pojawiają się na portalach informacyjnych, blogach – że galerie niszczą handel.

Proszę Państwa, od postawionej w niezręcznym miejscu budowli, nikomu jeszcze nic się nie stało. Problemem jest to, że te molochy nadal znajdują chętnych najemców. I nie jest istotne, czy 20%, czy 80% – faktem jest, że znajdą się zawsze tacy, którzy lokale wynajmą. Dlatego molochy powstają. Tam, gdzie jest to nietrafione i najemców rzeczywiście nie ma – straszą rozpoczęte budowy – był Pan łaskaw publikować takie zdjęcia. Prawo rynku. Ale jeśli są najemcy, jeśli dają się kusić niebotycznymi zarobkami, to molochy się budować będą.

Logika podpowiada, że drobny handel niszczą najemcy, a nie właściciele molochów. Toż niech nikt tam nie wynajmuje, molochy padną, a drobny handel będzie kwitł – w czym problem? Ano problem tkwi w tym, że i tak na końcu najwięcej ma tracić (w założeniu) klient.

 

Kupując towar, jaki dostałby już w istniejącym sklepie kilka przecznic dalej, przepłacając za wątpliwej jakości szmaty szyte w Bangladeszu za dolara za sztukę. Proszę zwrócić uwagę – galerie są wypełnione ciuchami. W większości nie różniących się od siebie – ani jakością, ani wzornictwem, ani ceną. Wszędzie drogo, byle jak – byle zarobić. To nie galerie są problemem i kłamstwa administratorów tychże, że nie ma tam klientów. Ich tam nie ma, bo WSZĘDZIE JEST TO SAMO.

I nie trzeba wielkiej filozofii i głowy do biznesu, żeby wiedzieć – i bez mapek i kłamstw, że jeśli ktoś ma 100 metrów od siebie sklep “G&N”, to nie będzie jechał kilometr, żeby kupić to samo. Pojechałby – gdyby w tej oddalonej galerii był towar, którego nie ma w tej o 100 metrów od domu.

Analizowałam sobie, dlaczego ja – ogólnie wrogo nastawiona do galerii – lubię poznańską galerię Malta. Może dlatego – że jest tam wszystko w jednym miejscu (poza luźnym parkingiem), może dlatego, że są sklepy, których nie ma w każdej galerii, a są też takie, które są JEDYNIE tam, np. mój ulubiony duński Tiger?

 Dlaczego w galerii ma być tylko jeden przedstawiciel branży – to świetnie, że w Malcie jest i Empik i Matras. jest kino, są jakieś knajpy, gdzie można szybko wrzucić coś na ząb. Tam sklepy jakoś nie upadają, parking jest pełny (co jest wkurzające, bo trudno zaparkować), a poznaniacy lubią tę galerię.

Straszy się teraz budowaną Posnanią – z zasady moja noga tam nie postanie (mieszkam na Ratajach i WIEM, co się będzie działo na pobliskim Rondzie Rataje, już zgrzytam na to zębami). Ale jeśli będzie tam planowana pływalnia (może bliższa, tańsza i mniej zatłoczona niż Termy Maltańskie), market budowlany (najbliższy jest na Franowie), to śmiem twierdzić, że połowa Rataj będzie tam oblegała tamtejsze sklepy. Bo po prostu będą mieli bliżej, niż gdzie indziej.

Do Posnanii będą przyjeżdżać ludzie spod Poznania (Kórnik, Środa Wlkp.), bo jest prosta i szybka trasa, w kilkanaście minut można dojechać do miejsca, gdzie za darmo się zaparkuje i nie wjeżdżając do miasta, załatwi się zakupy i rekreację. Być może jest na to potrzeba?

Być może jest to odpowiedź KLIENTÓW, którzy powtarzam – są na końcu tego łańcucha – dlatego nie jeżdżą do centrum, gdzie za sam parking trzeba zapłacić kilkanaście złotych, o ile w ogóle da się zaparkować. Ludzie kupowali i będą kupować – ciuchy, kosmetyki, jedzenie, będą chodzić do kina – jeśli gdzieś jest pusto, to znaczy, że jeśli nie postawi się na odmienność i wyjątkowość towaru, z góry będzie wiadomo, że wynikiem będzie klęska i bankructwo.

 

Może trochę chaotycznie piszę, bo gryzę kilka wątków na raz, ale to wszystko się ze sobą łączy. Wszyscy – i retailowcy i najemcy zapominają o najważniejszym – o klientach.

O tym, żeby myśleć o ich potrzebach, możliwościach finansowych. Każdy najemca idzie do galerii zwiedziony pięciocyfrowymi zyskami, albo i sześciocyfrowymi – a tak niestety nie ma i nie będzie, dopóki najemcy i handlowcy nie porzucą myślenia z lat 90-tych, gdzie byle buda ze szmatami zarabiała krocie. Wtedy takich bud było kilka, dzisiaj trudno znaleźć miejsce, gdzie nie można kupić szmat (ubrań).

To nie retail decyduje, ilu jest klientów w danej GH. Decydują o tym najemcy, oferując wiecznie to samo wszędzie. W większości z ogromnymi marżami i z cenami niewspółmiernie wysokimi do jakości. Dużo pisał Pan swego czasu o gastronomii w galeriach.

Nie wiem, czy oglądał Pan kiedykolwiek Kuchenne Rewolucje. Co by nie mówić o Magdzie Gessler – jedno trzeba jej dać na plus – obnażyła fatalną jakość polskich restauracji, indolencję i cwaniactwo właścicieli, ich ignorancję i skąpstwo, gdzie znowu – najważniejszy był zysk, a gdzieś na końcu był klient, który jadł odmrażane ryby, pierogi, makaron z wczoraj i ziemniaki gotowane z sodą, żeby szybciej się ugotowały. O barszczyku z torebki, który w sklepie kosztuje złotówkę, podgrzany w restauracji i wlany do miseczki nagle nabiera wartości razy dziesięć. Tak jest wszędzie.

Niech najemcy wyczują niszę i zrobią dobry, uczciwy biznes, to do nawet opuszczonej galerii ludzie będą jeździć tylko do nich na zakupy (tak jak ja np. robię z Maltą, jeżdżąc tam głównie do Tigera (a przy okazji robiąc inne zakupy np. w Piotrze i Pawle, nawet nadkładając drogi, bo po drodze mam Biedronkę i Lidla.) Potrzeba klienta. To jest najważniejsze. Pod to można układać biznes.

Śmiem twierdzić, że ten najemca, który myśli właśnie w taki sposób, jest na tyle świadomy, by nie podpisywać durnych umów. A pozostałych mi nie żal – właśnie dlatego, że i oni, mnie klienta, mają w głębokim poważaniu. Serdecznie pozdrawiam, będę dalej czytać bloga. oszukanych najemców, bo to rozsądnie myślących ludzi nie wzrusza. I jeszcze jedno – nie każdy nadaje się na handlowca. Ja się nie pcham do leczenia zębów, jeśli nie mam o tym pojęcia. Dobrze by było, gdyby i handlowcy mieli trochę pokory wobec swoich umiejętności, swoich braków. Taki świadomy handlowiec – nie pożałuje na prawnika, żeby sprawdził mu umowę, skoro sam nie zna się na prawie (nie musi przeciez się znać!).

Z szacunkiem, Katarzyna Komorowska

 

I komentarz do wpisu: Ekskluzywne obozy handlowe, a w środku homo.

 

Katarzyna

I znowu najbardziej poszkodowany najemca.
Ale umknęło chyba panu, że wspomniał pan o bluzce wartej pensję pracownika?
Tak samo wyglądają pensje większości Polaków – myślał pan więc, że komu będzie sprzedawał te szmatki za kilkaset złotych? Czy te szmatki są tyle warte? Ile dostała krawcowa z tej bluzki?
Jak można myśleć, że w Polsce zrobi się biznes na bluzkach wartych pensję własnego pracownika? Sorry, rozsądnych ludzi nie wzruszają takie zwierzenia, bo najemcy są sami sobie winni, że chcieli szybko, dużo zarobić, najlepiej kosztem klienta.

Zapewne ktoś ma wybudować za swoje pieniądze ogromną galerię, parkingi, zrobić wystrój, opłacać prąd w windach i na korytarzach, a najemca ma sprzedawać bluzki warte 100 zł za 1000 zł, zapewne najlepiej płacąc czynsz w wysokości max 2 tysiące.
Naprawdę – w tym narzekaniu i krytykowaniu traci się powoli zdrowy rozsądek i przyzwoitość. Za chwilę okaże się, że retail jest też odpowiedzialny za koklusz”.

Dziękuję za list. I nie wiem tak do końca czy pani kieruje go do mnie czy czytelników. Zakładam jedno i drugie.

Kiedy ktoś do mnie mówi, czy coś opowiada to mam jedną zasadę. Najpierw słucham. Czasami długo.  Do końca. Nie przerywam. Żeby się czegoś dowiedzieć. I nie wynika to z kindersztuby. Z zasady. I na ile to jest możliwe-staram się nie przerywać i tego samego oczekuję od drugiej strony. Czy ktoś tu narzeka?

Widziała pani gdzieś łzy i lament? Czy pani rozumie słowo krytyka i przestępstwo. Czy pani wie jak działają zorganizowane grupy o charakterze przestępczym? Czy przeczytała pani ze zrozumieniem czyli bez przerywania myślowego słowotoku tego bloga? Czy zainwestowała pani 20 złotych na przeczytanie książki? Czy zapoznała się pani z videoblogiem? Czy przeczytała pani teksty prasowe? Czy słyszała pani o samobójcach. Czy słyszała pani takie słowo jak pranie kasy, mafia, gangsterzy? Czy pani rozumie to co pani czyta? Czy skupia się pani na bluzce i Gesslerowej?

To miłe, że pani lubi Maltę. Ja lubię Sarni Stok-to taka gh gdzie jest parking jak parking, nie ma piętra i przebywanie tam jest przyjemnością. Podpisanie jednak umowy za 35 euro z metra to katastrofa. To jest krytyka czy fakt? Jak pani sądzi? Czy pani wie na jakiej zasadzie zbudowano Stary Browar w Poznaniu? Czy pani wie ile miasto Poznań straciło pieniędzy na tej transakcji?

Pisze pani do mnie z Kulczyklandu i polecam kapitalną lekturę-nowość. „Jan Kulczyk Biografia nieznana”.

Przeczytałem  ¾  i na razie jej nie zrecenzuję. Ale jest tam fragment o tym jak dr Jana Volksvagen zaczął dociskać. Czyli zmieniać zasady w trakcie gry. Niemieccy partnerzy zaczęli zmieniać warunki współpracy i przykręcać śrubę. Docisnęli partnerów tak, że Ci którzy zostali cienko przędą. Kulczyk sprzedał biznes, wyczuł. VV z nikim się nie patyczkował, nawet z nim. I dr zostawił to w co inwestował przez wiele lat. Sprzedał ten biznes. Jako, że tematów miał pootwieranych więcej, spadł na cztery łapy. Był przeciwny budowie tego poznańskiego cuda. Ale jak zapewnia małżonka-wszystko zawdzięcza sobie.

Poznań to faktycznie wyjątkowe miasto-Muszkieterowie uczą studentów  na kierunku „Zarządzanie sieciami handlowymi”. Na wyższej uczelni. Ciekawe czy to też wymyślił Grobelny. Czy Paetz. Czy jakiś inny Marcin. I małżeństwa Muszkieterów mogą prowadzić tylko sklep. Bez możliwości budowy drugiej czy trzeciej nogi jak to robił dr Jan. 

Są jednak tacy partnerzy, ajenci, franczyzobiorcy, którzy w gh stracili nerki-nie wiedzą co to koklusz. Proszę wskazać mi jakąś dedykowaną lekturę o gh, o systemie, o konsekwencjach. Chętnie się dowiem czegoś więcej. Ma pani jakiś tytuł? Jakiś blog, stronę internetową nie trąbiącą jak jest fajnie, jak super?Mimo wszystko cieszę się, że pani napisała. Blog dzięki temu ewoluuje. 

W epilogu książki napisałem. I raz jeszcze powtórzę. Pokazuję drugą stronę medalu. 

P.S. Kuchennych rewolucji nie oglądam. W ostatnich 8 latach przejechałem ok. 800 tys. km po kraju. Hotele od 1 do 3 gwiazdek. W 80 procentach od śniadania, przez obiad na kolacji kończąc-zero uwag. Palce lizać. W tych restauracjach nie zauważyłem loga pani Magdy. Jak widać-i bez jej pomocy-restauratorzy-dają radę. Ludzie się starają. Kelnerzy są grzeczni, kucharze wykształceni choć wiadomo, że zdarza się coś nie tak. Jak w życiu. I wpadnie jakiś włos. Ale żeby takie sytuacje zrozumieć-jak pani słusznie zauważyła-trzeba mieć trochę pokory. 

Wikipedia:

Demagogia (gr. demos lud, agogos wiodący, prowadzący) – wpływanie na opinię publiczną poprzez działanie obliczone na łatwy efekt, poklask.

Demagogia rozwinęła się już w starożytnej Grecji, lecz pierwotnie miała nieco inne niż współcześnie znaczenie. Po grecku znaczy to „prowadzący lud”. Nazywano tak doskonałych mówców potrafiących wpływać na decyzję zgromadzenia ludowego. Izokrates przeciwstawiał demagoga tyranowi, lecz już wówczas Tukidydes zauważał, że demagog prowadzi lud, schlebiając jego próżności.

Współcześnie oznacza to kłamanie na rzecz wygranej w wyborach lub schlebianie wyborcom, np. rozdawanie kiełbasek. Za demagogię uważane są kłamstwa, składanie popularnych i efektownych, ale niedających się spełnić obietnic (populizm), albo składanie obietnic bez intencji ich realizacji, schlebianie masom, szukanie kozła ofiarnego, stosowanie nielogicznych, ale przekonujących argumentów.

Pokoracnota moralna, która w ogólnym rozumieniu polega na uznaniu własnej ograniczoności, nie wywyższaniu się ponad innych i unikaniu chwalenia się swoimi dokonaniami.

Jak mówi znany holenderski psychiatra, Gerard J. M. van den Aardweg: “Pokora jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej”[1].

Pokora jest bardziej stanem ducha, postawą życiową wyrażającą nasze przekonanie na temat otaczającego nas świata, jak również ogółu istot go zamieszkujących. Może stanowić punkt odniesienia do naszych działań lub przemyśleń. Ale także w rozumieniu psychologicznym dawać oparcie. Jestem pokorny, a zatem uznaję, że wszyscy ludzie są równi i podlegają tym samym prawom. Pokora w sensie filozoficznym jest uznaniem ludzkich ograniczeń; ciała i umysłu. Ale także nadrzędnej roli człowieka w świecie przyrody, nakładającym na niego prawa i obowiązki

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *