Przeliczeni.pl
Wszystko o prowadzeniu biznesu w galerii handlowej bez cenzury i ukrywania niewygodnych faktów.

Tutaj zobaczysz jak to działa "od kuchni": nadużycia, fałszowanie informacji, szantaż.
Przeliczeni.pl
Systemy franczyzowe w Polsce - czy rzeczywiście to taki złoty biznes?

Sprawdź na blogu jak wyglądają realia prowadzenia tego rodzaju działalności.
Przeliczeni.pl
Bankructwa, rozwody, bezdomność, ucieczki z kraju.

Świadectwa ludzi, których wykończył system retail.

Czkawka sieci może oznaczać zawał-poradnik najemcy

W biznesie jest jak w...

W biznesie jest jak w mrowisku. Ciągle coś się dzieje. Tysiące tekstów. Wyliczeń, tabel, wskaźników, danych, wskazówek, podpowiedzi, rad. Jedną z ciekawszych rozmów „o franczyzie” odbyłem jakiś czas temu z kimś, kto znany nie jest, nie szkoli, nie udziela „wywiadów”, bo jest człowiekiem nieznanym. Poznaliśmy się tutaj. Warto przebrnąć przez tę rozmowę myśląc o pójściu na swoje np. w branży odzieżowej. Rozmówca udzielał się na różnych portalach, podpowiadał -jak wiedział. Wielu ludzi szuka na własną rękę informacji o danej branży. Przeszukują internet. Odwiedzają fora internetowe. Być może komuś ta rozmowa się przyda, nakieruje, choć bezpośrednią podpowiedzią-nie jest.

Bogusław Fijałkowski od 16 lat na rynku. Inżynier, informatyk, handlowiec.

Co Ci daje franczyza?

Znam tylko systemy z branży odzieżowej i tutaj w branży franczyzą określamy system stricte depozytowy w sensie towarowym – czyli towar jest franczyzodawcy – nie Twój. Jak do tego dołożysz w miarę znany i rozpoznawalny brand i zbudowaną w oparciu o niego sieć to możemy mówić o jakimś systemie franczyzowym. Jak nie ma tych dwóch rzeczy to nie ma mowy o franczyzie, bo są systemy typu damy Ci wizualizację, wskazówki, reklamę naszego brandu w branży i gdzieś indziej, a Ty masz tylko w sezonie kupić za 50 czy ileś tysięcy to nieporozumienie, a nie franczyza. To tak gwoli wyjaśnienia o czym rozmawiamy i teraz do rzeczy: według mnie największym problemem w handlu odzieżą i największym bólem głowy dla handlowca w tej branży są stoki czyli to co zostaje po sezonie. Załóżmy, że jesteś sam, niezależny i niezrzeszony, prowadzisz sobie sklepik odzieżowy. Kupujesz sobie towar, potem sprzedajesz – żyjesz z marży.

 

Mamy czerwiec – za chwilę będzie końcówka sezonu więc przestajesz kupować, bo i tak faktycznie to nie ma co. Załóżmy, że aby Twój sklep wyglądał dobrze i był zatowarowany potrzebujesz 1000 sztuk odzieży – wtedy rotacja jest niezła i się sprzedaje. Jak masz 700 to już klienci mówią – tutaj nic nie ma i sprzedaż zaczyna kuleć.

 

Robisz więc wyprzedaż – aby jakoś nawiązać walkę z sieciówkami mocno głęboką, więc często sprzedajesz mocno poniżej ceny zakupu, a i tak zostaje Ci powiedzmy 30 % średnich stanów magazynowych  – w tym hipotetycznym przypadku dajmy na to 300 sztuk.

 

Zablokowane pieniądze przynajmniej na rok i mocno zdeprecjonowane, bo za rok spróbujesz to sprzedać jeszcze niżej. I tak co sezon… w pewnym momencie prawie nie musisz już nic kupować (i często nie masz za co) bo i tak masz pełen sklep towaru… tyle, że z poprzednich sezonów i sprzedaż leży i kwiczy a Ty plajtujesz. To jeden scenariusz – zobaczysz go w co drugim butiku tutaj, inny to taki jak u mnie – wcześnie się zorientowałem, że stokowanie się to droga do samozagłady więc aby nie dopuścić do nich i zachować płynność mocno ciąłem ceny i agresywnie wyprzedawałem.

 

I po rozliczeniu sezonu nagle okazywało się, że obroty co prawda były niezłe, stoków dużo nie zostało, ale średnia marża to 25%, więc rentowność taka sobie, bo marże na rynku ze względu na dużą konkurencję uległy mocnemu spłaszczeniu. I dochodzimy do odpowiedzi na twoje pytanie. Franczyza depozytowa zdejmuje mi mój podstawowy problem stoków z głowy, bo po sezonie wracają do centrali i daje do tego wyższą średnią marżę czy też prowizję, bo zazwyczaj w granicach 30%. Nadto zdejmuje mi z głowy problem towarowania, szukania, negocjowania, kupowania itd.

 

Handlowaliśmy wieloma markami: House, ViceVersa, Volcano, Vertus, Patrol, mniej i bardziej znane. Niektórych marek już dziś nawet nie pamiętam, bo czasami współpraca kończyła się po jednym maksymalnie dwóch sezonach – albo nie była trafiona marka, albo warunki były takie, że kończyliśmy współpracę. Mówimy o czasie kiedy jeszcze byliśmy niezależni.

 

Przeciętna franczyza depozytowa daje Ci średnio 30 procent prowizji i ona albo jest stała przez okres całego roku albo się zmienia czasowo w zależności od miesiąca – raz jest więcej raz jest mniej – to żadna tajemnica – tego się dowiesz na pierwszej rozmowie z przedstawicielem sieci. Sieci też chcą uzyskać rentowność i w okresie wyprzedażowym bardzo mocno tną ceny, bo też chcą się pozbyć stoków stąd czasami niższe prowizje na okres wyprzedaży. Po to zresztą są wyprzedaże i wtedy nadrabiasz obrotami.

 

Na dłuższą metę to nie ma sensu -jest to nauczenie konsumenta pewnych zachowań i klient w pewnym momencie będzie czekał tylko na te akcje promocyjne. To dopiero wychodzi po roku czy dwóch latach i jest pewnego rodzaju strzałem w stopę – stąd kłopoty sieci, które miały wpisane w strategię częste akcje promocyjne typu “na weekend wszystko minus 40%”. Klient, dla którego cena jest podstawowym wyznacznikiem nie jest i nigdy nie będzie klientem lojalnym.

 

 

Jeszcze kilka lat temu wiele firm oferujących franczyzę depozytową miało kilkanaście sklepów własnych, kilka franczyzowych plus ze 200 punktów sprzedażowych w całej Polsce na zasadzie typowo zakupowej. Do tego programy partnerskie. Ja przeszedłem na franczyzę depozytową niejako z automatu – prosto z systemu partnerskiego.

Nie ma ryzyka.

Jak nie ma – jest cały czas, tylko nieco inne. Jest ryzyko, że się sieć położy – w ciągu ostatnich kilku lat trochę systemów znikło z rynku. A nawet jak się nie położy i tylko dostanie czkawki to czkawka sieci u Ciebie może oznaczać zawał – chyba, że jesteś gwiazdą w sieci.

Kilka lat temu miałem sytuację w jednej z sieci, że podobno, bo już nie pamiętam dokładnie, albo statek zatonął, albo pożar w porcie był i kontenery spłonęły, w każdym razie efekt był taki, że dostępne było maksymalnie połowa kolekcji. I jeśli jesteś w monobrandzie to to jest dla Ciebie wyrok. Co prawda sieć też ma wtedy problem, są zakupy interwencyjne od innych i przemetkowywanie, ale to tak czy inaczej działania spóźnione i sezon idzie na straty. Pytanie tylko ile Ty wtedy stracisz.

Oddajesz niezależność za stoki, stałą prowizję, zarządzanie towarem, procedury, promocje i wyższą odwiedzalność, bo Polacy kochają sieciówki. Tyle, że sieci ze względu na sposób działania, strukturę i wielkość mają dużą bezwładność, nie są w stanie szybko reagować. Będąc niezależnym możesz. Coś za coś. Na dziś rynek się oczyścił, co miało paść już padło, zostały najmocniejsze systemy i możesz wybierać w zależności od tego ile chcesz zainwestować między Croppem, House, Diverse, Greenpoint, Top Secret, Moodo, 4F, Medicine, Trollem. I te systemy są wg mnie bezpieczne, inne, które gdzieś się reklamują  to quasi franczyzy i szukanie jeleni. Natomiast to, czy zarobisz na tych w miarę bezpiecznych czy nie, jest zupełnie inną kwestią – w każdej umowie znajdziesz zdanie, że franczyzodawca nie daje gwarancji sukcesu franczyzobiorcy.

 

Jest jeszcze model pośredni – zachowujesz jakąś formę niezależności oddając część powierzchni sklepu pod kornery, czyli depozyty czy towar w komisie innych marek. Tylko nie można tutaj o franczyzie sensu scricte, bo nie idzie za tym najczęściej żadne know how.

To jest zasada komisowa. Bezpieczna. Plusem jest też to, że mając część powierzchni dla własnej dyspozycji dostaję oferty stokowe od różnych firm. Ile sprzedam tyle sprzedam, resztę zwracam bez konsekwencji. Tak też można. Ale wracając do historii – w pewnym momencie jak sieci się u mnie pojawiły zrozumieliśmy, że musimy upodobnić się do sieciówek – przejąć ich zalety, a zostawić z boku wady. Więc poszła inwestycja – meble w ramach umowy, ale co ciekawe to nie był system franczyzowy tylko partnerski. Mieliśmy wybór. Chcieliśmy upodobnić się do sieci żeby konsumenci myśleli, że jesteśmy sieciówką, a nie byliśmy, aczkolwiek obrandowanie mieliśmy już zgodne z wizerunkiem i wizualizacją sieci.

Bo jest taki odbiór, że sieciówka to coś więcej.

Tak. Na to składa się wiele czynników. Ważna jest marka, brand, jej rozpoznawalność. Poza tym standarty obsługi, reklamacji, możliwość zwrotów czy wymian – to co w sieciach od dawna jest normą w małych sklepikach dopiero się zakorzenia. W mieście masz ze 30 sklepów odzieżowych i 90% z nich po kilku latach i zastokowaniu wyglądają jak szmateksy. Tak się handlować nie da. Dlatego kupiliśmy meble. Aby nie było zarzutu, że sieć na tych meblach zarabia dostaliśmy kontakt do producenta i bezpośrednio zamówiliśmy. Po jakimś czasie musieliśmy jeszcze trochę dokupić (sieć w międzyczasie padła) okazało się, że są tańsze mniej więcej o 40%. Ale nie jestem pewny, czy z pierwszym zakupem to był wałek czy meble staniały, bo już był kryzys.

 

Niemniej jednak w każdej franczyzie depozytowej musisz kupić meble i wyposażenie od sieci do tego doprowadzić lokal do standartów. I nierzadko jest to ogromny koszt. Jeśli sieć sobie liczy średnio 2.500 netto za m.kw. (np. LPP) i lokal ma mieć minimum 200 m.kw to mówimy tutaj o pół bańce netto. I cały czas masz w umowie, że sieć nie gwarantuje powodzenia.

Nam się udało – w sieciach, z którymi współpracujemy jesteśmy w ścisłej czołówce sprzedażowej w Polsce. Ten wynik uzależniony jest od bardzo wielu czynników, ale w naszym przypadku też od szczęścia. Czyli ciężka praca, w naszym przypadku głównie małżonki, dobra lokalizacja, niskie koszty lokalu i dobra konkurencja. Nie mamy tutaj konkurencji wprost, silnie też pracowaliśmy nad wizerunkiem i to daje efekty. Żadna marka tutaj nie da czegoś takiego, że zrobi się samo. Są marki mocniejsze i słabsze, przy czym łatwo się zorientować, że franczyza silnej marki, więc z założenia bardziej bezpieczna jest mocno droższa – inwestujesz kupę kasy w całe wyposażenie i salon.

Czyli dodatki.

Tak. I tutaj dochodzimy do tego co nazywa know how. Sieci w swojej strukturze i w swoim modelu działania muszą zakładać unifikację i nie dziwi mnie, że muszą być takie same meble wszędzie i cała reszta. Know how to są procedury wewnątrzsieciowe, czyli jak powiesić, z czym powiesić, dlaczego tak a nie inaczej, jak oświetlić żeby to się sprzedawało. Kiedy zrobić akcję promocyjną, jaką – tak aby była skuteczna. To jest nie do przecenienia i rzeczywiście jest to istotne wsparcie w sprzedaży.

W przypadku LPP składają się na to przeróżne akcje promocyjne i reklamowe, facebook, prasa branżowa – to jest coś co daje właściciel sieci. To jest to know how. To, jak ktoś zarządza sklepem ma mniejsze znaczenie, bo nie masz wiele do powiedzenia. Jak zatrudnisz ludzi to Twoja sprawa, jakie mają wynagrodzenia też, ale w umowach franczyzowych funkcjonują zapisy, że sieć ma prawo de facto zwolnić twojego pracownika w każdym momencie. Jeżeli przyjdzie jakiś kierownik regionalny i stwierdzi, że ten, a ten się nie nadaje i robi krecią robotę to sugerują Ci i często jest to wpisane w umowę, że należy przenieść go na inne stanowisko co tak naprawdę jest jednoznaczne ze zwolnieniem z pracy.

 

W drugą stronę też to działa?

Nie słyszałem, żeby franczyzobiorca mógł taką opinię wyrazić  w drugą stronę czyli żeby jakiś regionalny stracił robotę.

 

Moim zdaniem reklama to nie jest know how. Nie jest tajemną wiedzą. Klient widząc reklamę krótkich spodenek w spożywce nie koniecznie pobiegnie je kupić. Nie trafione reklamy mogą zaszkodzić, a nie wspomóc sprzedaż. Sieci i tak zaczynają klękać.

 

Klękać to za dużo powiedziane, ale nie jest tajemnicą, że sytuacja jest trudna. Kiedyś, aby otworzyć franczyzę np. croppa lub house musiałeś spełnić określone i dość wygórowane warunki. Miasto miało liczyć 50.000 mieszkańców, w innym przypadku 30.000, a dziś znam lokalizację w miasteczku trzynastotysięcznym. Zostaje to spłaszczone, wymagania poszły w dół., choć ceny za franczyzę wcale nie. Cały rozwój sieci polegał na ucieczce do przodu poprzez zwiększanie swoich powierzchni sklepowych i w ten sposób napędzanie sprzedaży. Moim zdaniem ten model zaczyna się kończyć. I dla wielu dość szybko się skończył. Np. Viceversa. Bardzo szybko otwierali kolejne sklepy i w pewnym momencie nie mogli tego sfinansować i cześć. Sieć musiała paść.

Kolejnym ryzykiem jest to, że na pozór wszystko wygląda ładnie, a nie wiesz co się dzieje w środku tak naprawdę w centrali. Jeżeli jest to spółka giełdowa to możesz sobie pewne rzeczy sprawdzić w sprawozdaniach finansowych. Jeżeli to nie jest spółka giełdowa to nie masz szans i tak naprawdę nie wiesz. Można słuchać plotek. Jednak jeżeli ktoś nie jest z branży to nie wie w jakiej kondycji jest dana marka i nie ma szans – franczyzobiorcy poza wyjątkami milczą. Był taki szał jak się pojawiły dotacje dla bezrobotnych i 80 procent dotacji na własną firmę u nas to były pieniądze na sklepy odzieżowe. Każdemu się wydaje, że to jest najprostszy biznes. Jadę do centrum hurtowego, kupuję towar, otwieramy sklep i próbujemy działać. I stereotyp był taki, że lepsze jest 1,500 złotych czystego zysku na swoim niż zarobienie tych samych pieniędzy u kogoś. Ludzie nie biorą pod uwagę tego ile czasu trzeba poświęcić żeby zarobić. Czasami to jest praca i po 18 godzin dziennie.

 

Jak prosperują te sklepy  z dotacji?

 

Pozamykane. Sporo ich było. Urzędy Pracy się zorientowały, że żadna z tych firm nie przetrwała więc wstrzymano udzielanie tych dotacji lub ograniczono. Finansowali wyposażenie, ale towaru już nie. Ten boom na dotacje się skończył. Ludzie, którzy biorą dotacje myślą, że to jest łatwe.

 

Przejdźmy do modelu franczyzy.

Dwa razy wpadliśmy na minę w przypadku sieci franczyzowych. Choć się zabezpieczaliśmy i jesteśmy rozważni. Są sieci które działają na zasadzie monobrandu czyli jeden sklep, jedna marka, np. Cropp, House, Top Secret. I jeżeli coś się z siecią stanie to nie masz żadnego manewru. Poza tym, że ewentualnie możesz zmienić logo i zainwestować znowu w nowy towar.

 

To gdzie ta mina?

 

Nie masz dostępu do danych finansowych. W przpadku marek Viceversa i Face weszliśmy do sieci nowo tworzonych, ale firmy funkcjonowały na rynku od kilkunastu lat i nic nie wskazywało na to, że mogą wpaść w tarapaty – współpracowaliśmy wcześniej od pięciu lat. Do tej pory mam mieszane uczucia, bo współpracę zakończyliśmy wzorowo. Oni się wyłożyli i do końca nie wiem czy z ich winy. Tam z dnia na dzień banki wypowiedziały im faktoring – coś za uszami pewnie było. Mieli z 10 punktów własnych plus otworzyło się trochę franczyz depozytowych z ich systemem na ich sprzęcie. Nie kupiliśmy od nich mebli i nie narzucono kwoty inwestycji jedynie wizualizację. Oni żeby się ratować ratowali też pośrednio moją dupę. Zrobili kosmiczną wyprzedaż i ciuchland totalny czyli odzież za kilkanaście, kilkadziesiąt złotych. Zrobiliśmy wtedy przez kilka miesięcy dobre pieniądze. Odzyskaliśmy swoją kasę. Zostaliśmy z lokalem resztę towaru oddałem.

 

Na własną rękę szukałem systemów depozytowych bez tej otoczki i całego know how. Rok się zbierałem i spadnięcie na cztery łapy łatwe nie było. Było nam bardzo trudno. Podobnie z Viceversą. Miałem swoje meble z systemu partenrskiego więc wejście do sieci to była inwestycja rzędu 5 tysięcy. Handlowaliśmy dwa sezony. W umowie zastrzegliśmy, że w salonie możemy w ramach uzupełnienia oferty handlować innymi markami. Dlatego sobie poradziliśmy. Ryzykiem w takich małych sieciach jest płynność finansowa sieci.

Zazwyczaj działają dwutorowo – sklepy własne, franczyzowe (więc sieć) i sprzedaż hurtowa. I w pewnym momencie nagle zabrakło towaru, bo prawie wszystko sprzedali hurtowo za gotówkę. To jest dla firmy bardziej opłacalne i pewne, bo jak idzie w depozyt to nie wiadomo ile tego się sprzeda a ile wróci jako stok. Więc jak jest okazja puścić za gotówkę kosztem kilku procent marży to nikt się nie zastawia. Co zostało w magazynach poszło na sklepy własne, na depozyty jakieś resztki. Musieliśmy szukać czegoś innego. Firma się nie rozłożyła, bo stała na dwóch nogach, niemniej jednak marka Viceversa już nie istnieje. Nam przetrwać pomogło to, że miałem dwa inne źródła dochodu, gdybym się kurczowo trzymał tylko odzieżówki, to bym nie przetrwał. Żadna sieć nie daje 100 procentowej gwarancji sukcesu. Wszystko zależy od zupełnie różnych i czasem nieprzewidywalnych czynników. Możemy mieć super sieć, z rozpoznawalną marką, a zupełnie zwaloną lokalizację. I nic z tego nie będzie.

 

Ale doradzają. Szkolą. Zapewniają.

 

Ale oni też nie wiedzą, a na pewno ich przewidywania są obarczone dużym błędem. Jeżeli wchodzisz w zupełnie nową lokalizację, której potencjału nie znasz to możemy sobie myśleć jak reklamują nowe galerie – 5 milionów ludzi w roku, zasięg 80 tysięcy. Tak naprawdę nie znamy przyzwyczajeń zakupowych ludzi w danym miejscu. I to się dynamicznie zmienia.

 

Wyobraź sobie sytuację, gdzie trafia Ci się dobra lokalizacja, inwestujesz 200-300 tys. Jest dobrze, rentownie, odzyskujesz kasę z inwestycji. Mijają ze dwa lata, sporo już odzyskałeś. I nagle ktoś coś gdzieś komuś jak to w Polsce bywa i stawiają Ci obok galerię czy pasaż handlowy – dwa lata temu o tym nie było mowy, bo nie było takiej możliwości, nagle się znalazła. I dostajesz ultimatum od sieci, albo wchodzisz do galerii, albo wchodzi sieć z własnym sklepem. A że stan deweloperski w galerii i w międzyczasie zmienił się wizerunek sieci to de facto znów musisz wyłożyć 300 tys. Co gorsza, czynsz w galerii jest tak wysoki, a obroty już mniej więcej znasz, że nawet przy galeryjnej zwyżce obrotów kasę będziesz odzyskiwał lat 10… albo wcale.

Nawiasem mówiąc – dlaczego w galerii musi być drożej niż przy ulicy. Weźmy pod uwagę tydzień. Sklep przy ulicy będzie pracował w dni powszednie 10-18, sobota 10-16 max, niedziela zamknięte. To daje 46 godzin tygodniowo. W galerii masz 9-21 dzień w dzień, co daje 84 godziny tygodniowo, więc bez mała dwa razy więcej. Dwa razy więcej możesz zarobić. Zatem dwukrotnie większy czynsz niźli przy ulicy jest zupełnie normalny, jak dodasz do tego wyższy standart, otoczenie, marketing to i trzykrotny jest jak pół darmo. Z takim tekstem spotkałem się u jednego z naganiaczy galeryjnych. Nie potrafił tylko odpowiedzieć na pytanie po co mi otwarcie do godz.21 skoro po 18-tej tak naprawdę ruch ma tylko spożywka.

 

Jak się nie wyłożyć?

 

Myśleć, myśleć jeszcze raz myśleć. Liczyć, liczyć jeszcze raz liczyć. Chociażby dane. Każdy potencjalny franczyzobiorca pyta przy nowej lokalizacji – ile możemy tutaj zrobić obrotu. Sieć odpowiada – tyle i tyle, dadzą nawet symulację. Bo mamy podobne miasto tutaj, tutaj i tutaj i mamy dane. Ale dane w ogóle nie muszą mieć przełożenia, bo są miasta 20-tysięczne, gdzie fajnie się handluje i 50-tysięczne gdzie jest totalna zmoczka. Czynników jest tak wiele, że nie sposób je wszystkie uwzględnić. Podstawą jest lokalizacja i to jest najtrudniejsze. Dobre są drogie, a jest ich niewiele i zazwyczaj w chwili obecnej są to nowe lokalizacje, gdzie dopiero się okaże co ona jest warta. Natomiast co do obrotów – mamy dwie spółki giełdowe LPP i Redan, które oferują franczyzę. Publikują sprawozdania finansowe.

Weźmy na tapetę choćby Redan. Za maj mamy komunikat: “Na rynku modowym sprzedaż towarów w maju 2016 r. wyniosła 21 mln zł i była wyższa o 4% niż w maju poprzedniego roku. W ujęciu narastającym sprzedaż sektora modowego wyniosła 94 mln zł i była 1% niższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku” – czytamy dalej. Powierzchnia punktów handlowych działających w sieci sprzedaży marek Top Secret, Troll i DryWash wyniosła 41,8 tys. m2, tj. była o 1% wyższa niż w maju 2015 r.”

Co z tego widać – 21.000.000/41.800 to daje ok.502 PLN netto na metr kwadratowy powierzchni sklepu. Dla równego rachunku weźmy 500 PLN. Pamiętajmy też, że to bardzo ułomna wartość bo średnia, a jak wiadomo ja i mój pies średnio mamy trzy nogi. Ale zakładając jakiś rozkład w miarę normalny wokół tej średniej są sklepy lepsze i gorsze i odchylenie spokojnie może wynosić ze 20%. Zatem jestem potencjalnym franczyzobiorcą i chce otworzyć którąś z ich marek.

 

Udało mi się wynająć lokal w wydaje się niezłej lokalizacji (to się dopiero okaże), niech będzie 100 metrów. W wariancie bezpiecznym założymy sobie, że będziemy słabszym sklepem – minus 20% od średniej, zatem sprzedaż wyniesie 400PLN netto z metra kwadratowego. Na co mogę liczyć. Obroty 40 tys netto. Przy prowizji rzędu 30% dostanę 12 tys. PLN. Koszty lokalu z mediami niech będą 6.000 PLN – do tego pracownicy, zakładamy normalną umowę bez kombinacji ze śmieciówkami, niech będzie 5.000PLN – nieco ponad minimalną krajową dla dwóch osób. Zostaje Ci 1000PLN. W sam raz na składkę ZUS i waciki – jeśli jesteś korposzczurem, któremu właśnie znudził się wyścig i chce bezpiecznie spróbować sił na swoim.

W wariancie średnim zostaje Ci już 4.000PLN – po opłaceniu ZUS-u i jakichś nieprzewidzianych kosztów niech Ci się zwraca 2.500 PLN miesięcznie. Rocznie to będzie 30.000 PLN, zwrot z inwestycji nastąpi po 3 latach z kawałkiem i wtedy dopiero zaczniesz zarabiać. Tak to mniej więcej wygląda, natomiast zawsze jest też prawdopodobieństwo, że trafisz lokalizację super i średnio z metra będziesz miał nie 500, a 1000 PLN. Choć równie dobrze nie trafisz i będziesz miał 300. To są bardzo uproszczone wyliczenia, bo zazwyczaj na otwarciu robi się znacznie wyższe obroty i wpadamy w euforię, potem jest już bardziej pod górkę.

Niemniej jednak w przypadku odzieżówki franczyza depozytowa dla świeżaka jest zdecydowanie bezpieczniejszym biznesem niźli działalność na własną rękę. Choć umoczyć można i niezależnie i w sieci. Franczyza nie załatwia wszystkiego i nie jest gwarantem, że na pewno się uda. Na początku roku kupowałem wyposażenie z likwidowanego Trolla. Lokalizacje jeśli nie świetna to na pewno dobra. Lokal świetnie zrobiony. A jednak się nie udało, mimo, że facet miał lokal własny, więc czynsz mu odpadał. Po dwóch latach franczyzy policzył sobie, że bardziej opłaca mu się wynająć lokal niźli samemu w nim handlować i to bez czynszu. A prognozy obrotów od sieci okazały się przestrzelone o 50%. I wynosząc pudła zachodziłem w głowę jak mogło mu się nie udać – dla mnie to był bez mała pewniak. I dla sieci pewnie też.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *