Przeliczeni.pl
Wszystko o prowadzeniu biznesu w galerii handlowej bez cenzury i ukrywania niewygodnych faktów.

Tutaj zobaczysz jak to działa "od kuchni": nadużycia, fałszowanie informacji, szantaż.
Przeliczeni.pl
Systemy franczyzowe w Polsce - czy rzeczywiście to taki złoty biznes?

Sprawdź na blogu jak wyglądają realia prowadzenia tego rodzaju działalności.
Przeliczeni.pl
Bankructwa, rozwody, bezdomność, ucieczki z kraju.

Świadectwa ludzi, których wykończył system retail.

O Życiu i śmierci, fragment “Kiedy odchodzą…”

To dziwne Święta Wielkiej Nocy. To słońce, które cieszy i kusi żeby wyrwać się i pobiec przed siebie, pojechać gdzieś nad wodę, na wieś, wrócić do tradycji pojechać do rodziny, do znajomych i zwyczajnie się cieszyć.  Jaki to dziwny i zaskakujący czas i niewiadoma stawiająca pod znakiem zapytania przyszłość.

Spotkała nas zmiana z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i jesteśmy zaskoczeni, wystraszeni, niepewni co to dalej będzie, jak się ułoży przyszłość, co będziemy robić. Ta niepewność dotyczy chyba tym razem większości. Taki demokratyczny lęk i marcowa rewolucja wydaje się dotykać większość. I te znaki zapytania będą nam towarzyszyć przez jakiś czas. Nie pamiętam czasów w których tak dużo i często mówiono by i pisano o śmierci, o odchodzeniu, o chorobach, lekarzach, pielęgniarkach, ratownikach medycznych i osobach których pracę możemy określić służbą.

Nie ważne, że dla niektórych Hipokrates to hipokryta, a przysięga to jakiś werbalny relikt przeszłości. Ucieczki z pola bitwy znane są z historii, a potem spektakularne powroty i wyrzuty sumienia i racjonalizowanie, że przecież chciałem żyć dla rodziny-dlatego uciekłem i zostawiłem pacjentów. To jest demokratyczna mniejszość, promil. Nie warto się tym nakręcać. Każdy z nas jest w pewnym sensie lekarzem dla siebie i najbliższego otoczenia. Od swojego łóżka życia, nie chcemy uciekać. Chcemy się ratować w możliwy dla nas sposób.  Na szczęście choroba nie jest śmiertelna dla wszystkich choć na końcu, tak czy inaczej, czy tego chcemy czy nie-kończy się przecież zawsze tak samo.

Jedyna różnica to czas. Jeden ma go więcej, drugi ma go mniej i realnie rzecz biorąc jest kwestią czasu, kiedy kogo meta życia spotka. Wydaje się, że za zakrętem będzie kolejny etap, a to może być złudzenie-tam może być właśnie meta.  

Obserwując otoczenie nasuwa się refleksja, że po maseczkach może wzrosnąć zapotrzebowanie na kaftany bezpieczeństwa i szwaczki przestawią się na szycie kaftanów. Cyniczne to. Bo tak jak nie było śmierci w przestrzeni publicznej, tak nie było głowy.

Nie istnieje w przekazach na co dzień, a przynajmniej tak było do tej pory. Czyli głowy rozumianej jako tę część ciała, która wymaga opieki, leczenia, pielęgnacji. Śmierć to strach, a psychika i leczenie-to wstyd. I ta psychika jest ważna jeśli nie najważniejsza w czasie lęku, niepewności, utraty środków do życia.

Nie mam pomysłu, ani cudownej recepty, dlatego warto zaufać specjalistom, psychiatrom, psychologom, psychoterapeutom, terapeutom uzależnień-niepopularne to, no bo jak to? Jestem psychiczny? Masz prawo być „psychiczny” i masz prawo mieć depresję, załamanie nerwowe, nerwicę. Masz prawo odczuwać niepokój i gadać do siebie bez wstydu, że coś z Tobą jest nie tak. Masz też prawo wierzyć w to, że jesteś ateistą i ŚWIĘTA Cię nie dotyczą.  Ateizm to też jest wiara. I masz prawo zwrócić się do kogoś lub czegoś wyżej i możesz z katalogu prawie 5 tysięcy wyznań wybrać to-które czujesz , że jest Twoje.

Ze śmiercią spotykałem się od ubiegłego roku- z ludźmi, którzy tę śmierć noszą w sobie od momentu kiedy ich spotkała. Kiedy hulał jeszcze poprzedni świat jeździłem na spotkania z ludźmi dotkniętymi samobójstwem. Chcieli rozmawiać.

Piorunujące spotkania, historie, szczegóły, detale i dramat człowieka w swoim człowieczeństwie bycia człowiekiem. Słuchałem tych narracji pisząc bezpośrednio do komputera. I zastanawiałem się na życiem, nad śmiercią samobójczą, nad rodziną, znajomymi, przyjaciółmi. Czasami przez kilka godzin czułem coś co mógłbym porównać do mentalnego nokautu. Następnego dnia wszystko mijało i na spotkanie czekał kolejny bohater. I wówczas myślałem o kruchości życia, o zaskakujących piorunujących drugiego człowieka zdarzeniach. I szukałem odpowiedzi na pytanie „jak Ci ludzie sobie z tym poradzili?” Gdzie szukali siły i chęci do dalszego życia? Spotkania ze śmiercią zakończyłem w lutym tego roku.

I nagle śmierć pojawiła się wszędzie. Upiorny zbieg okoliczności. Ale czy na pewno upiorny? Przecież śmierć jest stara jak świat. Człowiek porządkując świat schował ją przed naszymi oczyma. Wyparł ją ze świadomości. Dlatego popularna jest nieśmiertelność i dążenie do niej.  Stąd ta panika i strach, kiedy strzelają kolejne telewizyjne paski o zmarłych, lodówkach i trumnach.

Na mojej drodze stanął człowiek, który stracił wszystko. Został dotknięty samobójstwem dwa razy. Nie wchodząc w szczegóły w tym momencie chcę jednak przytoczyć fragment jego narracji na temat tego co się stało z nim samym.

Zaskoczyło mnie to, jak napiwek może mieć terapeutyczną moc. Napiwek dla człowieka obracającego wcześniej milionami złotych w wysokości dwóch złotych. Dwa złote napiwku.  Dobrze, żeby nie wchodzić w szczegóły wrzucam fragment książki „Kiedy odchodzą…” (przed redakcją)

„Poczułem niedowierzanie w to co widzę, byliśmy kompletnie zaskoczeni…Kilka dni później zadzwoniła do nas matka tego chłopaka z ogromnymi pretensjami do nas! Nie rozumiałem tego, dlaczego ktoś nas oskarża o przyczynienie się do takiej decyzji. To były bzdurne zarzuty i odrzuciliśmy je: że to nasza wina, że nic nie zrobiliśmy. Po jakimś czasie jak to w takich sytuacjach bywa dotarły do nas plotki, że chłopak ten zażywał narkotyki, że były tam jakieś długi, kłopoty z prawem. Te informacje kontrastowały z jego zachowaniem, wyglądem, sposobem mówienia-nic nie wskazywało na to, że ten młody perspektywiczny i uprzejmy człowiek mógł mieć tego rodzaju problemy”.

(…)”Wiele razy byłem w  desperacji, bo ona nie odwzajemnia tego uczucia i miałem myśli samobójcze. W takim stanie inaczej myślisz…na ile potrafiłem wyciszałem te emocje, tę rozpacz i ból, to odrzucenie- kiedy wydaje się, że to jest koniec świata, że nie jesteś wart tego uczucia. Rozchwiane emocje nie są dobrym doradcą, dawałem sobie czas i starałem się je wyciszać emocje i myśli, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. I choć wiele lat później wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym to nie myślałem o tym, żeby utopić siebie, ale utopić samochody w jeziorze, które miałem w leasingu i nie potrafiłem ich spłacić.

Widziałem przed sobą tylko „czarną dziurę”-prokuraturę, Urząd Kontroli Skarbowej i siebie więzieniu choć nikogo nie okradłem, nie wyłudzałem podatków, kredytów. Pogubiłem się w tym wszystkim, nie zapanowałem nad firmą i to pociągnęło mnie na dno. Straciłem dom, firmę, pozostały długi i zdiagnozowana depresja. Nie mogłem zorganizować się nawet do jedzenia, bardzo dużo spałem-organizm się bronił w ten sposób.

Szpital był schronieniem dla mnie w tamtym momencie, a prawdziwy stres nadszedł po wyjściu z niego. Po wyjściu ze szpitala zamknąłem firmę, siedziałem w fotelu i kiwałem się tam i z powrotem. W lepszych momentach szukałem bezskutecznie pracy. Żona złożyła pozew o rozwód, zakończyło się na pierwszej rozprawie-było mi wszystko jedno. Potem wyprosiła mnie z mieszkania  wystawiając walizki za drzwi. Zawaliło się absolutnie wszystko co budowałem przez całe życie.

Nic mi nie wychodziło, interesowała się mną policja-jeden z dostawców uznał, że go okradłem i trzykrotnie składałem zeznania. Za każdym razem policja uznawała, że nie ma podstaw do wszczęcia postępowania przeciwko mnie.

Opuściłem moje miasto i wyjechałem do innego, dużego miasta w Polsce z kolegą. Mieliśmy rozkręcić restaurację, mieszkałem u niego-jednak po kilku miesiącach nie wyszedł ten jego interes i on nakazał mi, abym opuścił mieszkanie. Znalazłem „norę” do wynajęcia najtańszą z możliwych i poszedłem do pracy w ochronie jako „szlabanowy”. Ledwo wiązałem koniec z końcem.

Skoro postanowiłem się nie zabić to musiałem coś robić. Praca była nudna, demotywująca i bardzo słabo płatna. Napadały mnie różne halucynacje i omamy. Słyszałem dźwięk telefonu, który nie dzwonił, na ścianach widziałem ruszające się punkty, których nigdy nie było…Za namową prawnika, który udzielał bezpłatnych porad prawnych poszedłem do psychiatry.

Nie pomógł mi ten psychiatra, przepisywał leki, bardzo mocne po których chciało mi się ciągle spać.. Potem zmienił lekarstwa, miałem wrażenie a potem i pewność, że miał w dupie to co ja do niego mówię. Poprosiłem o zapiski które robił ze spotkań ze mną i poszedłem do innego lekarza-wtedy zobaczyłem co tam wypisywał-on ze mną nie rozmawiał, tylko słuchał i zapisywał leki. To był ten czas kiedy podnosiłem szlaban. Od prawnika dowiedziałem się tego co było dla mnie najistotniejsze, powiedział, że za te długi „nie idzie się do więzienia”. To był moment zwrotny. A po nieudanej kuracji lekowej uznałem, że jeśli sam sobie nie pomogę, to nikt tego nie zrobi. Zmieniłem pracę. Rozwoziłem jedzenie. Od rana do późnego wieczora, non stop. Potrzebowałem prostej pracy, od punktu A do punktu B-wymagającej skupienia i myślenia o profesjonalnym  wykonaniu zadania.

Nie dałem sobie czasu na myślenie i rozpaczanie nad swoim losem. Kiedy miałem gorsze dni i dopadała mnie depresja, starałem się skupić na pracy i o depresji nie myśleć. Wstawałem wcześnie rano, jadłem śniadanie, jechałem do pracy i tak do 22-24 w nocy. To była dla mnie najlepsza terapia. Dawała mi pieniądze, a nie dawała czasu na rozczulanie się nad sobą. Dawała mi jeszcze jedno-kontakt z ludźmi. To jest ten rdzeń wyjścia z kryzysu o który pytasz-to nie była rozumnie wypracowana strategia-ale tak zadziałała. Pierwsze dwa i pół roku unikałem ludzi, kiedy przestałem uciekać od nich-nastąpiła poprawa.

Nie zastygnąć psychicznie, zarabiać pieniądze i mieć non stop zajęcie proste, ale jednocześnie nie nużące jak podnoszenie szlabana. Rozwożenie jedzenia dawało mi ciągłą aktywność. Musiałem myśleć jak trafić w dane miejsce, jak dojechać, jak zabrać jedzenie i dojechać do klienta, przekazać zamówienie i skasować. Napiwki były dla mnie bardzo ważne nie tylko z finansowego punktu widzenia. Klient doceniał moją pracę, to że byłem dla kogoś miły, a nie ponury. Nie nadskakiwałem ze sztucznym wyreżyserowanym uśmiechem. Te napiwki były dla mnie motywacją, pobudzającą do działania i pracy nad własną osobowością. Depresja bardzo wpływa na osobowość, zmienia ją. Stąd też każdy najdrobniejszy napiwek był dla mnie dowartościowującym. Klient nie miał pojęcia ile warte w mojej sytuacji było dwa złote. I nie wiedział, że kiedyś obracałem milionami złotych…

Na etapie zdrowienia powróciłem do mojej pasji z dzieciństwa- kupiłem sobie lunetę do obserwowania słońca, księżyca, gwiazd. Daje mi to spełnienie i pobudza do poznawania wszechświata, zastanawiania się nad sobą, nad życiem. Obserwuję to co jest daleko, bliżej i szukam tego co niewidoczne dla ludzkiego oka z ziemi. Te obserwacje mają terapeutyzującą funkcję z jeszcze jednego, najistotniejszego powodu.

Nie obserwuję wszechświata sam, poznałem ludzi, którzy mają tę samą pasję, razem jeździmy w różne miejsca i oglądamy niebo. Nie wiem co jest ważniejsze, Ci ludzie którzy podzielają moją pasję czy sama pasja. Nie ma to większego znaczenia, zdrowieję i nie podzielam poglądu, aby samobójstwo było dobrym rozwiązaniem.  Dziś też pracuję z ludźmi, dostaję napiwki-oni nie wiedzą czasami jakie to ważne – nie ze względu na jakiego wysokość, ale sam fakt uznania dla pracy, dla drugiego człowieka”.

Wybrałem ten fragment celowo. Właśnie w ten czas kiedy tak dużo mówi się o śmierci i my ją widzimy. Pojawiają się też memy w sieci nakłaniające do odebrania sobie życia. Destrukcyjne, covidoidiotyczne, depresyjne. Jako autor książki, „Kiedy odchodzą…”, obcując z tą śmiercią w ostatnich wielu miesiącach mam prawo o tym nie tylko napisać, ale mówić wprost. Poczekaj, bądź cierpliwy, nie panikuj. Nie pozwól głowie na to rozwiązanie. Bo za jakiś czas może się okazać, że sytuacja się zmieni. Że są dobre rozwiązania, które się pojawią. Że ta pandemia się skończy, ta histeria minie. Poza tym są jeszcze Ci, którzy są wokół. I dla nich warto walczyć, warto żyć.

Jeżeli sobie postawisz pytanie czy autor ma myśli samobójcze to odpowiem wprost: nie mam, bohaterowie którzy zostali tracąc kogoś bliskiego w ten sposób wybili mi to z głowy- znaleźli rozwiązania z których skorzystałem. Jest w nich jakaś niesamowita moc, jakaś wiara w coś lub w kogoś. To nie są psychoterapeuci, zwyczajni ludzie.

Na ten czas Świąt, które dotyczą życia i śmierci życzę Wam wiary, nadziei i mocy. No i zdrowia, nie tylko z dala od koronawirusa, ale z dala od depresji, rozpaczy i beznadziei. Wszystkiego dobrego!

3 thoughts on “O Życiu i śmierci, fragment “Kiedy odchodzą…””

  1. W takiej sytuacji trzeba kręcić się wśród ludzi. Praca – prosta, ale nie odmóżdżająca. Musi absorbować mózg i zmuszać do myślenia o czym innym niż własne kłopoty. Cały czas trzeba mieć zajęcie. Praca, hobby, obojętne. Jak najmniej myślenia o problemie. Nie wolno dać się zagonić w wir myśli. Odciąć się od problemu. Postawić priorytety. Nie myśleć “co by było gdyby”. Że można było inaczej. Zabić poczucie krzywdy i chęć zemsty. Być ponad to. To przychodzi z czasem. Jeden stanie na nogi po miesiącu inny po dwóch latach. Ważne, by zobaczyć, że świat jest piękny, a problem nie jest całym światem.

    1. Mówić o tym i starać się nie uciekać od bardzo trudnych tematów. Rozmówcy podzieli się doświadczeniem. Taki kryzys i myśli mogą dopaść każdego. Polecam film w sieci “Chemiczny spokój”-France2. Na yotube.com. Tylko 40 minut. A potem warto wpisać nazwy tych leków w wyszukiwarkę np. lek x onet, lek x i wp itp. Nakierował mnie jeden z poszkodowanych przez leki. Temat w 100% tabu.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *